W tym chaosie człowiek jest bezradny

Agnieszka Gierczak-Cywińska
  • FIZJOTERAPEUTKA W KWARANTANNIE

W naszym domu jest trójka fizjoterapeutów – ja, mąż i syn, który tak jak ja pracuje w szpitalu przy Banacha. Mąż jest zatrudniony w Niepublicznym Zespole Opieki Zdrowotnej, placówkę zamknięto, gdy COVID dotarł do Polski. Po jakimś czasie zadecydowano jednak, że wrócą do przyjmowania pacjentów wymagających pilnej interwencji. Żeby czuli się oni w przychodni jak najbezpieczniej, szef poprosił, aby personel się przebadał. I w tym sporym zespole fizjoterapeutów dodatni okazał się najzdrowszy pracownik – mój mąż. Sanepid poinformował go, że musi przebywać w kwarantannie przez miesiąc.

Wszyscy negatywni

Gdy mąż do mnie zadzwonił, od razu z synem zrobiliśmy sobie w pracy badania. Na szczęście w naszym szpitalu to nie problem. Pomimo tego, że wyniki były negatywne, sanepid zadecydował o naszej dwutygodniowej kwarantannie. W ciągu tych dwóch tygodni pobrano od nas wymazy jeszcze dwa razy, cała nasza rodzina miała je negatywne: ja, syn, dwoje 90-letnich rodziców, którzy z nami mieszkają oraz… mój mąż! Z synem chcieliśmy od razu wrócić do pracy. Zaczęliśmy więc wydzwaniać do Sanepidu, ale to był jakiś koszmar, nikt nie odbierał. Gdy już minęły te dwa tygodnie, a my nadal nie byliśmy w stanie się dodzwonić, zdecydowałam się tam pojechać, żeby uzyskać dokumenty niezbędne do przywrócenia nas do pracy. Chciałam też ostatecznie wyjaśnić kwestię związaną z synem – początkowo ktoś zaznaczył, że to on jest dodatni, choć wszystkie wyniki miał od początku negatywne. Woleliśmy się upewnić, czy ten błąd naprawiono. Na miejscu okazało się, że doszło do jeszcze dwóch pomyłek. Dowiedziałam się, że pierwsze badanie, które od nas pobrano w domu, jest nieważne, bo zrobiono to za wcześnie, powinno minąć więcej czasu od otrzymania pozytywnego wyniku męża. A poza tym, z racji tego, że mieszkamy z osobą dodatnią, to nasza kwarantanna musi trwać nie dwa, a trzy tygodnie. Ktoś miał do nas zadzwonić w tej sprawie, ale tego nie zrobił. I tak właściwie to jestem w tym sanepidzie nielegalnie…

Kompletna bezradność

Te wszystkie procedury sanepidu, niemożliwość dodzwonienia się tam, chaos i straszny bałagan są na tyle uciążliwe, że człowiek czuje się kompletnie bezradny. Dopiero teraz trafiliśmy na miłą urzędniczkę, która udostępniła nam swój numer telefonu, abyśmy mogli się z nią kontaktować. Obiecała nam, że się zajmie naszą sprawą, bo rozumie, że pracujemy w służbie zdrowia, gdzie jesteśmy potrzebni. Ja i syn jeszcze raz mamy przejść testy i jeśli wyjdą negatywne – postara się nam skrócić kwarantannę choć o kilka dni. Potem będą nas czekały jeszcze procedury w szpitalu i dopiero po ich przejściu będziemy mogli wrócić do pacjentów. Mąż dodatkowo musi skontaktować się z lekarzem, który stwierdził zakażenie, i poprosić o wcześniejsze przywrócenie do pracy na podstawie negatywnych wyników testów. Ostatecznie jego decyzję będzie musiał jeszcze zatwierdzić sanepid. Liczę na to, że jednocześnie wydadzą decyzję o całej naszej trójce. Przecież to byłoby bez sensu, żeby nas przywrócono, a jego nie, a dalej mieszkalibyśmy razem. Kwarantanna w przypadku męża jest dla nas oczywiście bezdyskusyjna, skoro wynik wyszedł dodatni. Mamy jednak pewne wątpliwości co do tego pierwszego badania, podejrzewamy, że gdzieś mogła nastąpić jakaś pomyłka. Nie chodzi tylko o to, że on cały czas się świetnie czuje, bo przecież może przechodzić chorobę bezobjawowo, ale i tak stanowić niebezpieczeństwo dla innych. Tylko że on nie miał za bardzo gdzie się zarazić. Wynik otrzymał w momencie, gdy jego kontakt z pacjentami był od dawna bardzo ograniczony, bo przychodnia była nieczynna, a pacjenci spoza niej od wielu tygodni rezygnowali z wizyt u fizjoterapeuty ze strachu przed zarażeniem. Pozostaje oczywiście możliwość złapania wirusa gdzieś poza miejscem pracy. Tylko dlaczego testy pozostałych domowników wyszły negatywnie i nawet 90-letni staruszkowie czują się jak na swój wiek bardzo dobrze? I do tego wszystkie kolejne badania męża wyszły negatywnie. Z ciekawości, jak skończy się kwarantanna, zbada sobie przeciwciała, żeby sprawdzić, czy był zarażony.

I jak tu nic nie robić?

Przez pierwsze dwa dni na kwarantannie człowiek był trochę oszołomiony. Ja wzięłam się za gruntowne porządki, na które nigdy nie miałam czasu, ale to nie robota na trzy tygodnie przecież. Trochę pracowałam online, ale ostatnio szwankuje nam internet. Czas zapełniam sobie rozmowami z rodziną i przyjaciółmi. Syn skupił się na sprawach naukowych i rehabilitacji dziadków, żeby nam nie podupadli na zdrowiu, bo z powodu braku ruchu zaczynają im siadać mięśnie i stawy. Obaj z mężem dużo teraz trenują w domu, są w tym niezwykle systematyczni. Zakupy robią nam krewni, pomagają bliscy. Naprawdę jesteśmy bardzo subordynowani i jak ci więźniowie siedzimy w zamknięciu. W pięć osób koczujemy w mieszkaniu w bloku. Wszyscy temperamentni, nienauczeni bezczynności i siedzenia w domu, całe życie w biegu. Zaczynamy już lekko fiksować, warczeć na siebie. Z całej naszej trójki mąż najlepiej radzi sobie z tą sytuacją, ja i syn jesteśmy bardziej do siebie podobni. Ale cóż, nie mamy wyjścia, trzeba zacisnąć zęby i to przetrwać. Damy sobie przecież z tym radę. Wszystkim osobom przebywającym na kwarantannie, bez względu na to, czy sami są dodatni, czy mieli kontakt z taką osobą, na szczęście należy się 100 proc. pensji. U mnie i syna w szpitalu nie ma z tym problemu, mąż swojej jeszcze nie otrzymał, więc nie mamy pewności, w jakiej będzie wysokości. Ja pracuję tylko w jednym miejscu, więc nie jestem stratna, ale mąż i syn mają dodatkowo pozakładane działalności gospodarcze i są finansowo w plecy. Już od początku marca klienci rezygnowali z wizyt, a przychodnia męża przez jakiś czas w ogóle nie przyjmowała. Teraz pacjenci do nich dzwonią, że już nie wytrzymują, bo bolą ich kręgosłupy. A u nas w domu bezczynnie siedzi trójka fizjoterapeutów, którzy chętnie by im pomogli, ale nie mogą.

Oddziały będą się ciągle zamykać

W szpitalu pracuję w zakładzie fizykoterapii, zajmuję się także dydaktyką na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Wraz z rozwojem epidemii najpierw odwołano zajęcia ze studentami, potem zamknięto nasze ambulatorium, a zespół został przeniesiony na oddziały do pomocy tamtejszym fizjoterapeutom. Najpierw pracowałam na gastroenterologii, ale dość szybko ją zamknęli z powodu COVID-19 i przenieśli mnie na internistyczny. To nie jest tak, że gdy zamykają oddział, to wszyscy są zakażeni. To na szczęście góra kilka osób. Co chwilę jeden oddział się zamyka, a drugi otwiera, personel rotuje między nimi. Wydaje mi się, że nie unikniemy dalszego zarażania się, nie da się całkowicie zabezpieczyć przed tym wirusem. Trzeba się z tym pogodzić, dbać o bezpieczeństwo swoje i pacjentów, ale też starać się jak normalniej funkcjonować. System musi dalej działać. Tuż przed publikacją artykułu rodzina pani Lidii została zwolniona z kwarantanny. Wszyscy cali i zdrowi z radością wracają do pracy. – Brakowało nam tej wolności, ale syn powiedział coś, co mnie wzruszyło: „Mamo, tylko dzięki rodzinie udało nam się tak dobrze przetrwać ten czas” – opowiada Lidia Koktysz.

Redakcja poleca

Fot. Bogdan Koktysz
Fot. Bogdan Koktysz

Lidia Koktysz magister fizjoterapii. Pracuje w Zakładzie Rehabilitacji w Centralnym Szpitalu Klinicznym WUM. Wykładowca na Wydziale Fizjoterapii WUM. Wiceprzewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego „Fizjoterapia”.

Daj znać, co sądzisz o tym artykule :)
Lubię to!
0
Przykro
0
Super
0
wow
1
Wrr
0

© 2020 Magazyn Głos Fizjoterapeuty. All Rights Reserved.
znajdzfizjoterapeute.pl     kif.info.pl

Do góry