Mnie się nawet śni, że pracuję z pacjentem…

  • Samodzielność zawodowa to dla mnie przede wszystkim odpowiedzialność – mówi pochodząca z Zamościa Katarzyna Szargało-Szkałuba. Wróżono jej karierę aktorską, ale nie mogła zostać nikim innym niż fizjoterapeutką.
Zobacz galerię

Znajomych Katarzyny w ogóle nie zdziwiło, że po ukończeniu liceum zdecydowała się na studia fizjoterapeutyczne. Dwoje z czworga członków jej rodziny to były osoby z niepełnosprawnościami. Gdy się urodziła, jej tata był już po amputacji obu kończyn dolnych – od lat zmagał się z postępującą chorobą Buergera. Drugim członkiem rodziny jest jej starszy o kilka lat brat z mózgowym porażeniem. – W niepełnosprawności się wychowałam, ciężko byłoby mi wyobrazić sobie tatę z nogami i innego brata. Wybór studiów był więc dla mnie naturalny. A dzięki tacie egzamin z jazdy na wózkach zdałam śpiewająco, bo wózek był jedną z moich pierwszych zabawek – śmieje się.

Jak to się nie da?!

Tata Katarzyny zmarł w zeszłym roku w wieku 68 lat, choć lekarze nie wróżyli mu tak długiego życia. Chorował także na cukrzycę i miał problemy z sercem, ale – jak podkreśla Katarzyna – był człowiekiem niezłomnym. Miał własną działalność gospodarczą i to on utrzymywał rodzinę. Był osobą bardzo dynamiczną, zaradną, prowadził samochód. Potrafił znaleźć dla siebie enklawę, gdy było trzeba, wyjechał do USA. Dzięki temu żona mogła zajmować się synem. – Kiedyś tata odwiedził mnie w Bydgoszczy, gdzie studiowałam. Akurat przyszedł hydraulik, aby naprawić zlew. Ale coś mu nie szło, mówił, że się nie uda i trzeba kupić nowe elementy odpływuwspomina.Wtedy tata podjechał, popatrzył, zsiadł z wózka, położył się pod zlewem. I go naprawił. Dla niego nie było rzeczy niemożliwych, nie było opcji „nie da się”. Zawsze wysoko funkcjonał i bardzo nas nakręcał do pokonywania przeszkód. To doświadczenie bardzo przekłada się na moją pracę, wiem, że człowiek może naprawdę wiele. Nie należy się załamywać, trzeba działać. Sposób zawsze się znajdzie.

Już się nie boję

Jedyną osobą, która była zadziwiona jej wyborem studiów, była opiekunka kółka teatralnego przepowiadająca jej karierę aktorską. W biologiczno-chemicznej klasie Katarzyny jednak największy dylemat uczniów polegał na tym, czy wolą zostać lekarzami czy przedstawicielami innych zawodów medycznych. Tę pierwszą drogę odrzuciła, gdy zrozumiała, że praca lekarza może ograniczyć się tylko do wypisywania recept w POZ lub – gdyby chciał robić karierę – oznaczałaby brak życia prywatnego. A poza tym zawsze chciała pracować z pacjentem bezpośrednio, a nie za pomocą farmaceutyków. – Nigdy nie żałowałam swojego wyboru. W przeszłości tylko czasem się irytowałam, gdy przychodził do mnie pacjent z zaleceniem od lekarza, z którym się nie zgadzałam. I nie chodzi tylko o sytuacje, gdy terapia od początku była nieodpowiednio dobrana, ale też o takie, gdy ona miała sens pół roku czy rok wcześniej, gdy pacjent otrzymał skierowanie, a nie teraz, gdy się wreszcie dostał się na rehabilitację. Zastanawiałam się wtedy: Boże drogi, czemu ja nie mogę zająć się tym sama? Przez siedem lat pracowała w ośrodku leczniczym dla dzieci z MPD. Tam często miała do czynienia z sytuacjami, gdy pacjenci trafiali w ręce ortopedów, którzy w ogóle nie chcieli rozmawiać z fizjoterapeutami. Uważali, że ich zabieg wyleczy dziecko, ale zdarzało się, że w jego efekcie następowało pogorszenie funkcjonowania. A rodzicom potem tłumaczono, że to wina źle poprowadzonej fizjoterapii. – Wciąż trafiają się tacy lekarze, ale ja już nie boję się wyrażać swojego zdania. Wtedy jednak nie bardzo mieliśmy taką możliwość. Myślałam sobie wtedy, że gdybym była lekarzem, zadzwoniłabym do takiego specjalisty i – jak równy z równym – spróbowała przekonać go do swoich racji. Obecnie Katarzyna jest kierownikiem Ośrodka Dziennej Rehabilitacji Dzieci z Zaburzeniami Wieku Rozwojowego. Jej bezpośrednim przełożonym jest lekarz rehabilitacji, który zajmuje się wstępną kwalifikacją pacjentów, ale potem cały przebieg terapii jest już w jej rękach. Współpraca układa im się bardzo dobrze, ale zdaniem Katarzyny to zasługa nie obowiązującego prawa, ale po prostu człowieka, jakim jest jej szef. – Są placówki, które niby organizacyjnie są tak samo skonstruowane jak nasza, ale tam fizjoterapeutom nawet nie można spojrzeć w kierunku wolności. Mają nawet wypisane dawki i parametry zabiegu, który muszą wykonać. Przykre jest to, że lekarze rehabilitacji najpierw ich kształcą, a potem uważają, że oni nic nie umieją. A my studiujemy 5 lat, kolejnych 10 się doszkalamy, kończymy nie wiadomo ile kursów! – złości się. – A potem fizjoterapeuta nie może decydować, czy pacjent dziś potrzebuje prądu o takiej dawce czy innej, a może w ogóle lepsza byłaby aktywna praca nad stylem życia, bo tutaj tkwi największy jego problem? I my możemy zrobić tu cuda. Jeśli kogoś od 15 lat boli kręgosłup, to przykro mi, ale żaden prąd mu nie pomoże. Nigdy nie miałam możliwości wzięcia udziału w otwartej dyskusji z lekarzami na ten temat, to zawsze odbywa się trochę w formie zimnej wojny.

Samodzielność to odpowiedzialność

Na pytanie, czym jest dla niej samodzielność zawodowa, odpowiada: to odpowiedzialność. Nie ukrywa, że w jej pracy bywa także ciężarem, ale dla swoich pacjentów jest w stanie zrobić wszystko. Od dziewięciu lat jest konsultantem na Oddziale Neonatologii w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Wojewódzkim im. Papieża Jana Pawła II w Zamościu. Nieraz musi tam jechać niemalże na sygnale, aby zająć się wcześniakiem w inkubatorze, który mimo wsparcia oddechowego, ma problemy z wydolnością. W jej głosie słychać napięcie: – Czasem balansujemy na granicy życia i śmierci. Główna odpowiedzialność spoczywa na lekarzach którzy mi wtedy towarzyszą, ale i tak jest to dla mnie sytuacja mocno stresująca. Każdy pacjent jest na wagę złota. Ostatni, którym się zajmowałam, urodził się w 26 tygodniu ciąży, taki człowiek właściwie mieści się na dłoni. Z wieloma pacjentami jej praca nie kończy się po wypisaniu dziecka z oddziału, bywa, że trwa latami. – Sukcesem jest, gdy wcześniakowi udaje się przeżyć, ale niejednokrotnie fizjoterapeuci towarzyszą mu dalej. To my walczymy o to, aby nauczył się jeść, siedzieć, w miarę przemieszczać lub chociaż unosić głowę – bo to czasem jest ten szklany sufit, którego już nie jesteśmy w stanie zbić – zaznacza. Katarzyna podkreśla, że pomimo jej wieloletniego doświadczenia zdarzają się sytuacje, których ani ona, ani lekarze nie rozumieją. – Mam w swojej pracy pary bliźniąt, w których jedno dziecko jest w pełni zdrowe lub ma bardzo drobne deficyty, a drugie mózgowe porażenie i zmaga się ze wszystkim możliwymi problemami. A gdy się urodziły, to ich stan kliniczny był bardzo podobny.

Towarzyszenie

Wielką sztuką, której musi się nauczyć fizjoterapeuta pracujący z wcześniakami, jest umiejętność rozmawiania z rodzicami, którzy wierzą, że skoro udało się uratować dziecko, to teraz już wszystko będzie dobrze. Fizjoterapeuta towarzyszy im w drodze do odkrywania prawdy. Czasem dla nich ciężkiej. Katarzyna: To jest bardzo trudny czas. Oni muszą przeżyć żałobę po swoim zdrowym dziecku. Muszą nauczyć cieszyć się z naprawdę małych rzeczy, dlatego zachwycam się każdym najmniejszym postępem i ruchem. Zdarza się, że lekarze długo nie przekazują informacji o diagnozie, która dla fizjoterapeuty jest już oczywista. Bez decyzji lekarza nie może jednak wprost odpowiedzieć na pytanie: „Co dolega mojemu dziecku?”. Może tylko kluczyć, mówić, że przewiduję, że z daną umiejętnością dziecko może mieć problemy i nad czym powinni się teraz skupić na terapii. Gdy wreszcie pada diagnoza, oddycha z ulgą, bo wreszcie będzie można normalnie rozmawiać. – Podczas szkoleń, które prowadzę, część fizjoterapeutów wyraża swoje niezadowolenie tą sytuacją. Zawsze im wtedy tłumaczę, że tak naprawdę ICD-10 średnio nas interesuje. Mamy np. kod G-80, czyli mózgowe porażenie dziecięce, który jest przypisany do bardzo dużej grupy pacjentów. Do tych, którzy leżą i nawet nie kontrolują głowy, oraz do tych, którzy jedynie trochę utykają na jedną nogę. W mojej pracy potrzebne mi jest określenie poziomu funkcjonowania, czyli to, czym muszę się zająć, aby pacjentowi żyło się lepiej. Nie interesuje mnie nazwa choroby, ale to, czy mój pacjent jest w stanie utrzymać w ręku łyżkę. Od sześciu lat w listopadzie ratusz w Zamościu zostaje podświetlony na fioletowo i miasto świętuje Dzień Wcześniaka, który zainicjowała Katarzyna. Biorą w nim udział dzieci w najróżniejszym wieku. Formuła ewoluuje, ostatnio postawiono na warsztaty tylko dla rodziców, którzy bardzo często są tak zajęci opieką nad dziećmi, że nie mają czasu, aby choć przez chwilę pomyśleć o sobie. Stąd pomysł, aby tego dnia mogli spotkać się np. z psychologiem. – A potem to już się tylko razem bawimy! Dla nas, jako zespołu medycznego, bardzo wartościowe jest to, że możemy obserwować podopiecznych w innym wydaniu. Nie leczymy dzieci po to, by je leczyć, ale po to, żeby mogły tak wspaniale funkcjonować, jak wielu się to udaje. To wspaniałe zobaczyć, jak tłuką piniatę, tańczą czy odbijają balony. To taka czysta dziecięca radość, której w gabinecie nie widać.

Redakcja poleca

Diamentowa Kobieta Zamościa

Katarzyna od zawsze uwielbiała dzieci i to im najbardziej chciała pomagać. Zdecydowała się jednak – dla higieny psychicznej – przeznaczyć część swojego czasu na drugi pasjonujący ją temat, czyli wsparcie pacjentów bólowych, dla których otworzyła gabinet. Coraz częściej odwiedzają ją tam lekarze, którzy zaczynają doceniać pomoc, jakiej cierpiącemu człowiekowi może udzielić fizjoterapeuta. A ponieważ Zamość to małe miasto, więc te relacje z pacjentami-lekarzami przekładają się na późniejszą dobrą współpracę na gruncie zawodowym. – Wielokrotnie pytają mnie o jakieś chirurgiczne zabiegi. Sam zabieg jest dla nich sytuacją klarowną, doskonale wiedzą, jak to się odbywa. Brakuje im jednak informacji, jak pacjent funkcjonuje rok, dwa czy trzy lata po zabiegu – tłumaczy. Katarzyna cieszy się, że takie konsultacje są coraz częstsze, pacjenci tylko na tym korzystają. – Nie czarujmy się, my nie jesteśmy w stanie odebrać władzy i kompetencji lekarzom. My pracujemy w innych sferach, które tylko czasem się przenikają. Zadowoleni pacjenci mogą czasem wyrazić swoją wdzięczność w dość nieoczekiwany sposób. W 2019 r. do Katarzyny zadzwoniła przedstawicielka lokalnej fundacji Zibera, która powiedziała, że jedna z pacjentek zgłosiła ją do akcji Diamentowe Kobiety Zamościa. – Byłam w szoku, początkowo chciałam się wycofać, ale gdy powiedziano mi, że chodzi o zachęcenie kobiet do aktywizacji na różnych polach, stwierdziłam, że czemu by niewspomina. W ramach akcji nakręcono minireportaż z czterema zamościankami, które mogą być tu wzorem dla innych. Dzięki niemu Katarzyna mogła publicznie podziękować kobiecie, która inspiruje ją samą: „Moja mama w życiu zmagała się z naprawdę dużymi problemami i zawsze dawała radę, zawsze była silna i jeszcze zorganizowała życie ludziom dookoła. Ma olbrzymią siłę wewnętrzną. Ciężko mi powiedzieć, skąd ona czerpie inspiracje, ale ma w sobie ogień, który ja podziwiam”.

24 godziny na dobę

Dzięki wsparciu mamy, a jeszcze do niedawna taty, Katarzyna może realizować się zawodowo, ale też ma pewność, że w razie czego trójka jej dzieci ma zapewnioną najlepszą możliwa opiekę. Pomoc szczególnie w ostatnich miesiącach była bardzo potrzebna, gdy zamknięto przedszkola i szkoły, a ona z mężem nie mogli zostać w domu. Pozbawiony swoich zajęć w ośrodku był także brat Katarzyny, więc przychodził do jej domu razem z mamą. A przy okazji załapał się u siostry na dodatkową fizjoterapię. – W ogóle to fizjoterapeutą jest się 24 godziny na dobę. Szczególnie jak to człowieka naprawdę kręci, a ja wciąż mam z tego nieziemską frajdę. Przyszła do mnie dziś ciocia na grilla i zobaczyłam, że utyka. Muszę się nią potem zająćśmieje się. – Mnie się czasem nawet śni, że pracuję z pacjentem. Ostatnio przez sen jednemu dobierałam ortezę. Tylko że ten pacjent wcale nie potrzebuje ortezy… Rano wstałam z myślą: „No, Katarzyna, chyba przesadzasz z robotą!”.

Daj znać, co sądzisz o tym artykule :)
Lubię to!
1
Przykro
0
Super
10
wow
0
Wrr
1

© 2020 Magazyn Głos Fizjoterapeuty. All Rights Reserved.
znajdzfizjoterapeute.pl     kif.info.pl

Do góry